wtorek, 12 września 2017

Wesele mojej M.

Bazylika była piękna. Elegancka i dostojna. I kiedy do niej jechaliśmy, mijając po drodze kościół, w duchu pomyślałam, czemu nie chciała tego ślubu w tym kościółku właśnie. W tym małym i skromnym. I tak blisko tego kościółka ten hotel był. A tak w korku stoimy, stres, upał. Ale kiedy tam weszliśmy, zrozumiałam, dlaczego tą Katedrę wybrała.
Ksiądz miły, pięknie mówił, żartował. Jacyś goście przed nami w torebce książkę o szczęściu mieli. Im pewnie wręczą. Po co im czytać o szczęściu, skoro szczęśliwi jak nikt inny są dziś właśnie? - pomyślałam sobie. Ona w tej bieli, On przy Niej taki elegancki, zapatrzony, zakochany. O takim szczęściu w żadnej książce nie napiszą. To życie. To symbioza. To miłość. To obustronne zobowiązanie, że żadne z Nich tego drugiego nie opuści aż do śmierci. To dopełnienie. To harmonia. To tak, jakbyś szedł w minus 40 stopniach i potem rozumiesz, że przemarzłeś do szpiku kości. To taka miłość. To widać było w Ich oczach, gestach, słowach. A potem ta dziewczyna, która śpiewała Im: " Zestarzej się przy mnie. Najlepsze dopiero się zdarzy". Płakali i ci twardziele i słabeusze. I ja tą łzę wytarłam ukradkiem. Bo ta moja Magda, taka młodsza a taka mądra. Te wspólne wakacje nasze, rozmowy do świtu, spanie we wspólnym łóżku. Jej porady i spostrzeżenia. Taka siostra najbliższa, opoka, której nie miałam nigdy. Taka piękna. Moja. My dwie do dziś takie połowy układanki. Od dziś z Nim tą całość tworzy. I to ma sens.
I kiedy szła po tej ceremonii i uśmiech na prawo i lewo rozdawała, to łza w oku się zakręciła i spojrzenia nasze się spotkały. Bo dane mi było być w tej ławce, kiedy przysięgę składała.I kiedy złapała mój wzrok. I te nasze łzy o posadzkę tej katedry uderzyły. Dane nam było.
A potem to wesele. Gdzie nikt obozów nie tworzył a jedną wielką rodzinę. Kiedy do wszystkich gości podchodziła i uśmiech rozdawała. I te szalone tańce do rana. I gdzie człowiek czuł się ważny. Mimo tego, że to do Nich ten wieczór należał. Czuł się doceniony. Czuł wdzięczność za tę obecność, za to, że świadkiem ukoronowania Ich miłości był. Rzadko się takie wesela zdarzają, że gość czuje się tak ważny. A na tym weselu tak właśnie było. Takie wesele, gdzie każda chwila zapierała dech w piersi. To miara szczęścia, miłości i istnienia. I te Ich wspólne wyznanie miłości. ...
- Szukałem Ciebie.
- Coś chciałeś?
- Nie. Tylko upewnić się, że jesteś ...
 Takie na pozór zwykłe zdanie, a mieszczące w sobie całe życie.

Takich wesel Wam życzę. Wesel, które wspominać będziecie z radością.

poniedziałek, 31 października 2016

Jasno/ciemno

 Latam, biegam, załatwiam. Czasami uda mi się, czasami nie. Klnę pod nosem albo uśmiech wszystkim na prawo i lewo rozdaję. Bitwy czasami stoczyć muszę, by ostatkiem sił z pola wojny wyjść. Poznaję ludzi. Codziennie nowych, codziennie innych. Wielu. Poznaję takich, co to bym w życiu poznać nie chciała, ale pukając do tych drzwi białych z nr 104, wyjścia nie mam. Bo są ludzie i ludzie. Są tacy, co to promienieją, świecą jakimś blaskiem magicznym, który przez dziurkę od klucza już wybija. Są tacy, co to zapomnieli, jak to jest być rozpromienionym. A może pamiętają, że kiedyś tacy byli, tylko ich życie zmieniło?  Tacy posępni i odpychający bardzo. Tacy, co to im wszystko jedno, byle do tej 16. Tacy, co to może coś się w nich tli, tylko takiego powiewu trzeba, żeby to na nowo wzniecić. Takie zgasłe gwiazdy na niebie, czasami grzejące się w blasku innych, albo złe, że inne tak świecić potrafią, a im się już nie chce, bo i komu, po co? Dla tych ludzi, którzy codziennie do tych drzwi pukają i nie wiadomo czego chcą?
Na tych drzwiach chętnie by wywiesili kartkę z napisem "tu nic nie ma. Ciemna noc". A po omacku mało spraw się załatwi, wiadomo.
A ja idę. Za klamkę chwytam, uśmiecham się, choć śmiać mi się akurat tutaj nie chce. Uważam, żeby się nie potknąć, bo tu się nic nie tli, światła umarły, a twarze te blade patrzą i nie poznają. Idę czasami tym korytarzem długim i widzę też inne drzwi, spod których blask wylatuje i muska mnie po policzku. Czasami dobrze jest wyjść z mroku na światło dzienne, wtedy wszystko inne i lepsze się wydaje. Czasami warto jest wejść w ten mrok, by zdać sobie sprawę z tego, że jednak za zewnątrz jest gdzieś światło, które ludzie jeszcze chcą rozdawać.
Takie chwile, które się na życie składają. Na życie moje, Twoje, tych ludzi z pokoju 104.
Codziennie na to życie swoje zapunktować trzeba. Żyć tak, by móc tym światłem dzielić, podmuchem rozpalić to, co się jeszcze w innych tli, umieć zatrzymać to, co piękne i dobre, zapomnieć o tym, co złe.
Niektórzy zatrzymują w sobie złe chwile, doświadczenia, zdarzenia. One z wielką siłą wchodzą w człowieka, gasząc przy tym jego światło, gasząc jego. Człowiek, który potrafi zatrzymać te chwile dobre, na wspomnienie których się uśmiecha, choćby nawet nie wiedział, że promieniej, jego blask wabi innych ludzi.
Każdy z nas może a nawet musi czasami pozwolić sobie na to, by od czasu do czasu światło zgasić, pomyśleć w samotności, odetchnąć. To zrozumiałe. Nasze życie jest piękne, bo kładąc się w nocy spać wiemy, że obudzi nas poranek, słońce, światło. W życiu musi być i ciemno i jasno. Chodzi o to, by nie pozostawać za długo w tej ciemności, bo oślepniemy jak kret i wtedy na pewno już nic nie zobaczymy - ani tego człowieka obok, ani dnia pięknego, ani słońca. Bo nikt z nas doskonały nie jest i każdy czegoś innego dziś potrzebuje.
Ja wierzę, że za którymś razem, zbliżając się do drzwi z nr 104, zauważę blask bijący z tej dziurki od klucza. W ciemności długo nikt nie wytrzyma.
A życie jest piękne. Bo po dniu następuje noc, a po niej znów dzień. I my to widzimy a to dowód na to, że nikt z nas długo w ciemności nie pozostaje, skoro jeszcze coś widzi.

niedziela, 17 lipca 2016

Drogowskazy, mapy i człowiek

Każdy z nas ma do przejścia swoją drogę.
Wyboistą, piaszczystą, równą, krzywą , pochyłą, krętą, ciernistą czy jeszcze inną jakąś.
Każdy idzie własną drogą do celu, który sobie wyznacza.
Czasami ku lepszemu idzie a potem okazuje się, że zły kierunek obrał. I odwrotnie.
Gdziekolwiek by nie szedł, plan tej drogi, mapa z drogowskazami rodzi się w jego głowie.
I tak idzie sobie ten człowiek, zrywając po drodze z drzew owoce sukcesu, porażki, rozczarowań, smutków czy radości.
A inny to potrafi jeszcze drugiemu człowiekowi drogę wskazać i te drzewa rosnące przy jego drodze doszczętnie z owoców ogołocić.
Taki, ot, człowiek, zapominający czasami, że żeby za kogoś żyć, wypadałoby i za kogoś umrzeć, a to już nie takie proste, tu już hart ducha opuści i człowiek szybko na swoją drogę znów wrócić zechce, jak gdyby nic się nigdy nie stało.
Ale jak by nie patrzeć, każdy z nas kiedyś dotrze do końca tej drogi.
Wypłowieją drogowskazy, pożółknie mapa, przyjdzie czas rozliczeń. A najtrudniej będzie przed samym sobą się rozliczyć.
Bo żaden drogowskaz, żaden zegarek nie posiada wskazówek do życia.
A to wbrew pozorom takie proste jest - dobrze żyć i dobro czynić.
Bo świat składa się nie tylko z dróg, twojej czy sąsiada.
Świat składa się z ludzi.
Z milionów dróg, sukcesów i porażek. Z ich przekonań, poczynań, dokonań. A wpływ na świat i na ludzi wokół ma każdy - ja, ty, ta pani z pieskiem i dziecko zjadające okruszki z dywanu.

Ja, jutro, pakując do torby pomidory,  uśmiechnę się znów do pani Wiesi w spożywczym mówiąc jej, że ma śliczny odcień blondu na włosach.
Bo jedno życie jest, jedna chwila, jedno zdarzenie, które czasami wpłynie na to, byś kolejny dzień przeżył z radością i tą radość sprawił komuś.
I nieważne, czy jedziesz tramwajem czy autem.
Czy robisz zakupy czy tankujesz na stacji benzynowej.
Czy kroisz marchewkę na zupę, malujesz paznokcie, rozmawiasz przez telefon.
Czy pieczesz muffiny, robisz makijaż, przeskakujesz przez kałuże.
Czy słuchasz radia, piszesz sprawozdanie w pracy, kosisz trawę.
Zawsze jest ktoś w pobliżu ciebie.
Drugi człowiek.
Może nie tuż obok, może nie za tobą, może za rogiem ulicy, w tym sklepie, do którego wejdziesz, bo deszcz pada a ty parasol w domu zostawiłaś. Ale jest.
I ten człowiek na dobre słowo może czeka. A może nie.
Ale jak je usłyszy, może zda sobie sprawę z tego, że jednak czekał.
I dzień mu się rozweseli, pomimo tego deszczu za oknem.
I przerwie na chwilę to, co robił.
Może do lustra pobiegnie, by sprawdzić, czy rzeczywiście ten blond taki śliczny?
Może zadzwoni do kogoś i szczebiocąc pochwali się, że dobrą robotę w tej pracy wykonał?
Może konto sprawdzi i za premię kupi buty, na które odkładał miesiącami?
A Ty drogi człowieku nie będziesz może nawet zdawał sobie sprawy z tego, jak dużo dziś zrobiłeś, że miałeś wpływ na zmianę w życiu człowieka, że być może drogowskaz odwróciłeś w prawo, by nie zboczył z drogi?
Dostrzeżesz swój sukces, kiedy wywołasz szczęście na twarzy innego człowieka.
A potem pobiegniesz, z górki, prostą drogą, usłaną różami po swoje szczęście.
I wtedy nie będziesz zazdrościć tej drogi równej drugiemu człowiekowi, bo wtedy ich radość jako swoją będziesz potrafił odbierać.
Wejdziesz na drogę spełnienia. A drogowskaz poprowadzi cię w kierunku dobrego życia.
A wtedy to już sobie poradzisz, nawet jak zgubisz gdzieś mapę.

czwartek, 30 czerwca 2016

Te oczy chabrowe

30.06.1999r.
Rano. Otwieram oczy. Zerkam za okno. Promienie słońca mówią mi "dzień dobry". Uśmiechem to powitanie odwzajemniam.
Znów zamykam powieki, choć na chwilkę. Zasnę jeszcze. 10 minut może. Pół godziny? O! Byłoby świetnie. Wypędzam myśli z głowy, by ją oczyścić trochę. Pod oknem słyszę jakąś rozmowę, ktoś woła psa, warczy silnik jakiegoś starego mercedesa. Tak mi dobrze, sen znów sobie o mnie przypomniał, jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, żeby wstać. Wstać i nad jego łóżeczkiem się pochylić. Sprawdzić, czy nakryty, czy noskiem w poduszce nie leży, czy nóżka w szczebelki się nie zaplątała. Pochylam się - wszystko w porządku. Śpi.
Kładę się do łóżka, zamykam oczy i nagle słyszę te znajome, najpiękniejsze na świecie sylaby: "ma-ma". Piękne, duże chabrowe oczy spoglądają na mnie zza tych szczebelków a buzia się śmieje od ucha do ucha. Idę, biorę go na ręce, kładę obok siebie w łóżku, przy okazji budzimy tatę.
Uśmiecham się i całuję. Oczy jeszcze senne spoglądają z miłością na te rzęsy, paluszki, czuprynkę.
Razem witamy nowy dzień.
Mleko, biszkopcik - połowa w buzi, połowa na podłodze. Woda na kawę się gotuje, zalewam dwie, siedzimy wszyscy przy stole. Razem.
Zostajemy sami. Machamy tacie na pożegnanie, gdy ten do pracy jedzie.
Włączam piosenki. Tańczymy razem. Na zmianę śpiewa Margolcia i IRA, Fasolki i Oddział Zamknięty. Skaczemy do góry jak na koncercie jakimś. Potem spacer, zakupy. Oglądanie motylków, ślimaków i łapanie ptaszków. Nowe ogrodniczki dżinsowe nie wyglądają jak nowe. Są o wiele piękniejsze. Biegamy po trawie, przewracamy się, łaskoczemy. Jak nie teraz, to kiedy?
Wracamy. Odgrzewam mu zupkę a kiedy ostatnia łyżeczka ląduje w buzi, powieki opadają i zasypia.
Wstawiam pieczeń do piekarnika, robię sałatkę, piję kawę tą z rana, włączam pralkę i siadam do nauki. Niedługo egzamin z psychologii klinicznej.
Zgrzyt zamka. Siadamy razem do obiadu. Cała nasza trójka.
Potem opowiadamy sobie dzień, rozmawiamy, bawimy się.
Kąpiel. Za oknem księżyc zaprasza do snu. Zasypiają obaj.
Ja wyciągam notatki. Jeszcze tylko powtórzę na ten egzamin.
Zasypiam.

Żyjemy w czasach wielkiej wygody.
Podążamy za modą, podróżujemy, robimy karierę, podziwiamy życie w kolorowych czasopismach i serialach i za takim tęsknimy. Staramy się robić wszystko co w naszej mocy, by sprostać wyzwaniom, przeskoczyć kolejny rów. Są dni, że wierzymy w swoją siłę i są dni, kiedy najwęższy rów wydaje się nie do przeskoczenia, choć czasami rzeki się przeskakiwało.
"Dnimy" te swoje dni tak jak chcemy, jak lubimy.
Żyjemy w czasach, gdzie ludzie lubią narzekać. Narzekamy i my.
Chcielibyśmy mieć, posiadać, bywać. Narzekamy, że pewne decyzje nam życie zmarnowały a tak naprawdę sami je sobie marnujemy.
I w tym wszystkim chcemy jeszcze dać coś od siebie dziecku. Czasami tak na odczepnego, by wynagrodzić coś, sumienie swoje oczyścić.

Uważam, że czas jest na wszystko. Trzeba nim tylko rozsądnie dysponować.
Jest czas na zakupy i na stawianie wieży z klocków.
Jest czas na podróż i wspólne skakanie po falach morskich.
Jest czas na bal i czas na czytanie bajki na dobranoc.

Jedni z nas mogą opłacić dziecku naukę na renomowanej uczelni, drugich na studia dziecka nie stać.
Jedni zafundują mu wycieczkę na Maderę, inni wcale.
Jedni kupią koszulkę za 300 zł, drugim będzie szkoda 30 zł.
Jednak jest coś, co każdy może dać dziecku po równo. CZAS. I bliskość. Bycie obok. Nie przed nim, bo czasami sami błądzimy. Nie za nim, bo jak ruszy, to możemy nie dogonić. Kroczmy obok tak, by w razie potrzeby podtrzymać, gdy się zachwieje, pomóc wstać, gdy upadnie.
Bo ten czas leci szybko. A na starość może się okazać, że kroczymy sami. I wtedy zwykła kałuża będzie nie do przeskoczenia. A co dopiero rów....

30.06.2016r.
Rano. Otwieram oczy. Zerkam za okno. Promienie słońca mówią mi "dzień dobry". Uśmiechem to powitanie odwzajemniam.
Znów zamykam powieki, choć na chwilkę. Zasnę jeszcze. 10 minut może. Pół godziny? O! Byłoby świetnie.
Nie mogę. Pędzę do pracy. Zaśpię, to nie zdążę.
Wstaję. Zaglądam do jego pokoju.
Śpi. Uchylam mu okno.
Ogarniam się w łazience, robię kawę.
Pakuję torbę i już mam wychodzić.
Słyszę najpiękniejsze na świecie słowo: "Mamo?"
Zaglądam do niego.
"Już jedziesz? Uważaj na siebie. Pa."
Zamykam za sobą drzwi.
Uśmiecham się do świata i dziękuję mu za te oczy chabrowe, które 18 lat temu zaczęły mnie uczyć, jak żyć.