niedziela, 22 listopada 2015

Obok

Kiedy się urodziłam, nikt nie dawał mi szans na przeżycie. Ich determinacja, siła walki o mnie sprawiły, że dziś mogę pisać ten post.
Gdy miałam lat 6 i tak wysoką gorączkę, że ścinało mnie z nóg, mama razem z tatą trzymali wartę przy moim łóżku. Kiedy mi wycinali trzeci migdał, w latach osiemdziesiątych, kiedy odwiedziny w szpitalu były czymś niepożądanym, On mknął, nie zważając na nic przez korytarz szpitalny, by być blisko i czuwać. Kiedy pytałam jak to robił, mówił: "Szedłem pewnie, z podniesioną głową, żeby myśleli, że lekarzem jestem. Ot, co".
Kiedy miałam 17 lat, zapisali mnie, wbrew mojej woli na kurs prawa jazdy. Tata wkładał do auta cztery drewniane kołki, jechaliśmy na jakieś łąki i pola, tam je wbijał w ziemię, żeby udawały garaż a ja parkowałam - tyłem, przodem, nawet bokiem.
Kiedy w tym wieku zakochałam się na zabój, cieszyli się razem ze mną. Byli obok.
Kiedy w  wieku 20 lat urodziłam synka, mama radziła, co robić przy wysokich gorączkach, jak kąpać, ubierać. Opiekowała się nim, żebym mogła pojechać z mężem do znajomych czy na zakupy.
Kiedy w wieku 29 lat usunęli mi woreczek żółciowy, budząc się, zobaczyłam przy łóżku tatę. Siedział i czekał, aż otworzę oczy. Miałam 29 lat. Był obok.
Kiedy wracałam ze studiów podyplomowych, czekał na mnie na przystanku, odwoził, na tylnym siedzeniu miał bułkę cynamonkę, sok marchwiowy i kazał mi jeść, bo marnie wyglądam. Miałam 32 lata. Był obok.
Kiedy miałam 5 lat, szliśmy w pochodzie pierwszomajowym, żar się lał z nieba, do sklepu rybnego wrzucili lody. Kolejka ustawiła się kilometrowa. Pomimo upału, stał, żeby te lody mi kupić. Pot ściekał mu po twarzy, wycierał go chusteczką, mnie i mamie kazał stanąć pod lipką, w cieniu.
Kiedy byłam w szóstej klasie, zachorowałam na anginę, latem.
Tak mi się lodów zachciało. Wziął termos, pojechał do budki lodowej i przywiózł mi w tym termosie lody. Mama roztopiła je w garnku i wypiłam ciepłe. Ale to były lody, smak ten sam.

Dziś wstaję rano, narzekając, że poniedziałek, że deszcz, śnieg czy upał, mało co cieszy w ten dzień. Szybko myję głowę, piję kawę, szykuję śniadanie i jadę do pracy. Co ja bym zrobiła, żeby mnie wtedy na ten kurs prawa jazdy nie wysłali? Czym bym do tej pracy jeździła?
Pranie, sprzątanie, gotowanie, dzień za dniem mija. Czasami katar wkurzy niemiłosiernie tak, że na cały świat obrażona jestem. Jakieś nieodebrane połączenia, oddzwonię później, a w głowie dźwięczy "Później bywa zwykle za późno" - bagatelizuję, bo mi się sos przypala, ziemniaki kipią jak szalone.
W sobotę w dres wskoczę, brzucha wciągać nie będę musiała, włosów też nie muszę myć. Pośpię do dziesiątej, tylko żeby nie padało, katar niedawno wyleczyłam. Włączam telefon, nieodebrane połączenie - MAMA. Oddzwaniam, żeby nie było za późno... Przyjedź córuś po świeże jajeczka.
Jadę.
Nad gazetą przy stole On pochylony. Ona się krząta. Śmieją się na mój widok. W myślach przypominam, kiedy ostatni raz Ich odwiedziłam w domu. Dwa tygodnie temu? A mam tak blisko. Siadam i rozmawiam. Patrzą we mnie jak w obrazek. Tacy samotni się wydają, tacy cisi, zajęci tylko mną i niczym więcej. Pytają, słuchają i kochają. Ciągle. Stale. Jak wtedy, kiedy miałam lat sześć, siedemnaście czy trzydzieści dwa. Są obok. Na szczęście. Jakie to szczęście, że są.

A przecież mogliby mi się nie zdarzyć. Mogłabym zostać w tym szpitalu na Lipowej w jakimś małym, zniszczonym łóżeczku, bo po co walczyć o człowieka, któremu nikt szans na przeżycie nie daje? Oni byli obok. Zawalczyli o mnie.
Mogliby przecież do szpitala zawieźć na te operacje i odebrać dopiero po fakcie. Mogliby, a byli obok.
Dziś to Ich zasługa, że jadę do tej pracy, że żyję, że czasami zaklnę pod nosem, kiedy pasta na nową bluzkę mi spadnie. A przecież mogłabym i tego deszczu nie widzieć, i na śnieg nie narzekać i w słońcu twarzy nie opalać.
Walczyli o mnie, kiedy byłam słaba, bezbronna i chorowita.

Zdaję sobie sprawę z tego, że za rogiem czeka na Nich starość.
Nie wiem jaka.
Ale, jakakolwiek by nie była, będę obok.
Będę z Nimi.
Nie zostawię w białym łóżku na białej sali.

Obiecuję...

17 komentarzy:

  1. Przepiękny tekst. Makijaż zmyty. Popłynął.
    Kocham ♥
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. A to właśnie miłość znaczy. Taka prawdziwa. Jedyna w swoim rodzaju. Dziękuję za ten post. Przepiękny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wzruszylam sie, pieknie to napisalas:) Dziekuje i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kasiu wzruszyłaś mnie do łez. Ja też obiecuję sobie, że zawsze będę blisko swoich rodziców, cokolwiek by się nie działo i wcale nie mam na myśli odległości w kilometrach. Cieszę się, że ich mam z ich wadami i przywarami, ciesze się, że moje dziecko ma takich właśnie dziadków, którzy w ogień by za wszystkimi swoimi wnuczętami wskoczyli.

    Ściskam Cię mocno.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bez­powrot­ne chwi­le nasze­go życia jeszcze nieraz wy­wołają u Nas wzrusze­nie, smu­tek, a także szczęście mie­sza­ne ze łzami...
    Piękny tekst...

    OdpowiedzUsuń
  6. Kasia ...najpiękniejszy .........

    OdpowiedzUsuń
  7. Pięknie! "Przyjedź córuś po jajeczka"...

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie napisałaś, przeczytałam z prawdziwym wzruszeniem <3

    OdpowiedzUsuń
  9. No i się poryczałam...Moi mieli i mają niestety problem z okazywaniem uczuć.I przyjeżdżam do nich zawsze z nadzieją, że usłyszę-jesteśmy z Ciebie dumni...

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja nie mam rodziców, tym mocniej mnie wzruszyłaś. To naprawdę wielki skarb mieć przy sobie tak kochane bliskie osoby. Ale też trzeba mieć w sobie tę mądrość, która pozwoli to docenić a nie wykorzystać.
    Marzę, żeby moja córeczka wyrosła na taką mądrą, wartościową osobę. Czasem się boję, że moja dobroć obróci się przeciwko mnie. Że nie będę umiała ją ukształtować na dobrego człowieka. Ale staram się bardzo i będę się starała póki będę mogła:))
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kasiu, masz ogromny SKARB. Dlatego jesteś takim wartościowym człowiekiem. Ty wiesz, o czym piszę. Moi rodzice nie umieją okazywać uczuć, a ja codziennie uczę się, by być jak najlepszą Mamą dla swoich dzieci... Piękny tekst. Bardzo się wzruszyłam...

    OdpowiedzUsuń
  12. Kasiu! Jesteś bogata!��

    OdpowiedzUsuń
  13. lzy w oczach... bo byc rodzicem to zadanie na cale zycie... byc dzieckiem rowniez.

    usciski moja droga!
    aneta

    OdpowiedzUsuń
  14. Ubralas w slowa moje mysli i rozterki i smutki.Az mi puscily nerwy i sie poplakalam. Nie jestem regularnym podczytywaczem blogow, ale za kazdym razem trafiam gdzies na dobry i madry wpis. Jak Twoj...
    Moje lata 80-te to rowniez Dzien Hutnika - kiermasz ksiazki pod Domem Kultury, oranzada (woda mineralna chrzczona sokiem o-malo-co-malinowym) w biurze Majstrowym mojego Taty i batonik kupiony w zakladowym kiosku. Swieto nad swietami! I wakacje "na przylepke" w przychodni mamy. A teraz mieszkam 200 km z dala od moich Rodzicow i martwie sie 200 razy mocniej, bo czas nie czeka...
    pozdrawiam,
    Marzena

    OdpowiedzUsuń
  15. Pięknie napisane... nic więcej powiedzieć nie mogę...

    OdpowiedzUsuń
  16. Powinni to przeczytać wszyscy "rodzice"...

    OdpowiedzUsuń