czwartek, 30 czerwca 2016

Te oczy chabrowe

30.06.1999r.
Rano. Otwieram oczy. Zerkam za okno. Promienie słońca mówią mi "dzień dobry". Uśmiechem to powitanie odwzajemniam.
Znów zamykam powieki, choć na chwilkę. Zasnę jeszcze. 10 minut może. Pół godziny? O! Byłoby świetnie. Wypędzam myśli z głowy, by ją oczyścić trochę. Pod oknem słyszę jakąś rozmowę, ktoś woła psa, warczy silnik jakiegoś starego mercedesa. Tak mi dobrze, sen znów sobie o mnie przypomniał, jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, żeby wstać. Wstać i nad jego łóżeczkiem się pochylić. Sprawdzić, czy nakryty, czy noskiem w poduszce nie leży, czy nóżka w szczebelki się nie zaplątała. Pochylam się - wszystko w porządku. Śpi.
Kładę się do łóżka, zamykam oczy i nagle słyszę te znajome, najpiękniejsze na świecie sylaby: "ma-ma". Piękne, duże chabrowe oczy spoglądają na mnie zza tych szczebelków a buzia się śmieje od ucha do ucha. Idę, biorę go na ręce, kładę obok siebie w łóżku, przy okazji budzimy tatę.
Uśmiecham się i całuję. Oczy jeszcze senne spoglądają z miłością na te rzęsy, paluszki, czuprynkę.
Razem witamy nowy dzień.
Mleko, biszkopcik - połowa w buzi, połowa na podłodze. Woda na kawę się gotuje, zalewam dwie, siedzimy wszyscy przy stole. Razem.
Zostajemy sami. Machamy tacie na pożegnanie, gdy ten do pracy jedzie.
Włączam piosenki. Tańczymy razem. Na zmianę śpiewa Margolcia i IRA, Fasolki i Oddział Zamknięty. Skaczemy do góry jak na koncercie jakimś. Potem spacer, zakupy. Oglądanie motylków, ślimaków i łapanie ptaszków. Nowe ogrodniczki dżinsowe nie wyglądają jak nowe. Są o wiele piękniejsze. Biegamy po trawie, przewracamy się, łaskoczemy. Jak nie teraz, to kiedy?
Wracamy. Odgrzewam mu zupkę a kiedy ostatnia łyżeczka ląduje w buzi, powieki opadają i zasypia.
Wstawiam pieczeń do piekarnika, robię sałatkę, piję kawę tą z rana, włączam pralkę i siadam do nauki. Niedługo egzamin z psychologii klinicznej.
Zgrzyt zamka. Siadamy razem do obiadu. Cała nasza trójka.
Potem opowiadamy sobie dzień, rozmawiamy, bawimy się.
Kąpiel. Za oknem księżyc zaprasza do snu. Zasypiają obaj.
Ja wyciągam notatki. Jeszcze tylko powtórzę na ten egzamin.
Zasypiam.

Żyjemy w czasach wielkiej wygody.
Podążamy za modą, podróżujemy, robimy karierę, podziwiamy życie w kolorowych czasopismach i serialach i za takim tęsknimy. Staramy się robić wszystko co w naszej mocy, by sprostać wyzwaniom, przeskoczyć kolejny rów. Są dni, że wierzymy w swoją siłę i są dni, kiedy najwęższy rów wydaje się nie do przeskoczenia, choć czasami rzeki się przeskakiwało.
"Dnimy" te swoje dni tak jak chcemy, jak lubimy.
Żyjemy w czasach, gdzie ludzie lubią narzekać. Narzekamy i my.
Chcielibyśmy mieć, posiadać, bywać. Narzekamy, że pewne decyzje nam życie zmarnowały a tak naprawdę sami je sobie marnujemy.
I w tym wszystkim chcemy jeszcze dać coś od siebie dziecku. Czasami tak na odczepnego, by wynagrodzić coś, sumienie swoje oczyścić.

Uważam, że czas jest na wszystko. Trzeba nim tylko rozsądnie dysponować.
Jest czas na zakupy i na stawianie wieży z klocków.
Jest czas na podróż i wspólne skakanie po falach morskich.
Jest czas na bal i czas na czytanie bajki na dobranoc.

Jedni z nas mogą opłacić dziecku naukę na renomowanej uczelni, drugich na studia dziecka nie stać.
Jedni zafundują mu wycieczkę na Maderę, inni wcale.
Jedni kupią koszulkę za 300 zł, drugim będzie szkoda 30 zł.
Jednak jest coś, co każdy może dać dziecku po równo. CZAS. I bliskość. Bycie obok. Nie przed nim, bo czasami sami błądzimy. Nie za nim, bo jak ruszy, to możemy nie dogonić. Kroczmy obok tak, by w razie potrzeby podtrzymać, gdy się zachwieje, pomóc wstać, gdy upadnie.
Bo ten czas leci szybko. A na starość może się okazać, że kroczymy sami. I wtedy zwykła kałuża będzie nie do przeskoczenia. A co dopiero rów....

30.06.2016r.
Rano. Otwieram oczy. Zerkam za okno. Promienie słońca mówią mi "dzień dobry". Uśmiechem to powitanie odwzajemniam.
Znów zamykam powieki, choć na chwilkę. Zasnę jeszcze. 10 minut może. Pół godziny? O! Byłoby świetnie.
Nie mogę. Pędzę do pracy. Zaśpię, to nie zdążę.
Wstaję. Zaglądam do jego pokoju.
Śpi. Uchylam mu okno.
Ogarniam się w łazience, robię kawę.
Pakuję torbę i już mam wychodzić.
Słyszę najpiękniejsze na świecie słowo: "Mamo?"
Zaglądam do niego.
"Już jedziesz? Uważaj na siebie. Pa."
Zamykam za sobą drzwi.
Uśmiecham się do świata i dziękuję mu za te oczy chabrowe, które 18 lat temu zaczęły mnie uczyć, jak żyć.

10 komentarzy:

  1. Siedzę i płaczę. Dziękuję Ci za ten post.
    W dobrym czasie go przeczytałam.
    Pozdrawiam ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Piszesz,,,,najwspanialej na świecie!Myślę, że wiesz jaką jesteś szczęściarą:) Buziaki !
    Moc ciepłych życzeń dla Twojego Przystojniaka! Samych słonecznych dni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Margolciu moja ♥

      Usuń
  3. Kasiu, ja też płaczę... Piękny post. Bardzo bym chciała, żeby i mi kiedyś któreś z dzieci tak powiedziało, żeby udało mi się wychować takie kochane dzieci... Bardzo lubię Twojego bloga, bardzo lubię Ciebie. Ściskam Cię bardzo serdecznie :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, co do Twojego sukcesu w wychowaniu dzieci,to nie mam żadnych wątpliwości. Mądra z Ciebie mama, dziewczyna, wiesz co i jak, sukces masz murowany ♥

      I dziękuję Ci za te miłe słowa :)
      Ściskam mocno :***

      Usuń
  4. Kasiu, popełniam błędy jak każdy... Czasem zmęczenie, brak cierpliwości sprawiają, że daleko mi do idealnej mamy niestety...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie jest idealny ale dla naszych dzieci to my jesteśmy chodzącymi ideałami. Kochane dziecko nie widzi błędów swojej mamy, choć ona dostrzega czasami o wiele więcej niż trzeba ;)
      Buziaki :***

      Usuń
  5. Lata lecą...a czas zatrzymać tak trudno...Najlepszego dla Mateusza:) Kiedy on tak wyrósł???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Halinko😊 Sama zachodzę w głowę, kiedy te 18 lat minęło? Ech...

      Usuń